Blog > Komentarze do wpisu
A mury runą... I zakpią. (część 7)

    VII               Niech ginie bal

 

Wtorek. Tydzień wcześniej każdy z bywalców pubu dla polskich opolan na ziemi śląskiej załatwił sobie wolne na ten tydzień. Wszyscy zjawili się w godzinach porannych, mimo, że święto obcokrajowców miało się zacząć w porze wieczornej. W nozdrzach wyczuwalny był nieokreślony zapach mobilizacji, każdy goląc rano twarz, dostrzegając jeszcze wyraźne ślady po sińcach w lustrze, nabierał sił i motywacji do odwetu. Oczywiście w tak ważnym dniu jak zwykle lał się browar, ale tym razem z umiarem, by znowu przez narodową słabość nie wrócić z pola bitwy na tarczy. Q wraz z kilkoma starszymi wiekiem uczestnikami nakreślał taktykę w jaki sposób ośmieszyć, zbesztać dzień przeznaczony do wielkiej dumy stale zwiększającej się , dla wielu już tylko z nazwy mniejszości, niemieckiej.
Q jednak miał problemy z koncentracją z powodu nieobecności jednego z mózgów przecież operacji, naczelnego antagonisty w pograniczu śląsko-opolskim – czyli mającego kilka dni temu skończyć hospitalizację K.
- Widział ktoś z was K? Gdzie on się podziewa? Jeszcze dziś pamiętam ogień w jego oczach , gdy mu przedstawiłem nasz plan upokorzenia tych łajz i nie mogę sobie wyobrazić, by istniało cokolwiek prócz śmierci, co mogło by mu odebrać przyjemność uczestniczenia w wbijaniu tej szpili , gabarytowo i symbolowo miecz przewyższającej, tym nadreńskim łachudrom.
- Byłem wczoraj zobaczyć w szpitalu... Został wypisany na własne życzenie 5 dni temu, więc musiał się gdzieś zabunkrować , może szykuje coś naprawdę specjalnego? – zagadał jeden z nich.
- Widziałem go, kiedy łaził w naszych okolicach... łaził po polach jakby grzybów poszukiwał, albo koniczynki czterolistnej – drugi rozświetlił nieco mrok sytuacji.
- Może ma jakąś pieprzoną potrzebę relaksu przed takim skokiem, nie wiem, wiem tylko , że jeśli się dziś nie zjawi , to następnym naszym celem będzie on sam ! – Q swoim wzburzeniem dał wyraźnie do zrozumienia , że nie ma najmniejszej ochoty na zabawy w kotka i myszkę.
W pełnym skupieniu wyjaśniali sobie kolejne szczegóły tego szczególnego wieczoru. Gdy plan już uzyskał pełną formę, miał ręce, nogi, a ponad wszystko głowę, wszyscy z podziwem dla własnego dzieła podnieśli  dumnie biało-czerwone puszki z piwem i donośnie wykrzykując „Deutschland kaputt, Deutschland  raus!” , wlali zawartość puszek do gardeł za jednym razem. Jeden za wszystkich wszyscy za jednego. Słońce szykowało się powoli do opuszczenia nieboskłonu,  tzw. „godzina W” zbliżała się krokami wielkimi.

O 18 godzinie pod wytwornie odrestaurowanym zamkiem zjawiła się chmara ludzi. Mówiono raczej niewiele, za to szprechano do oporu. Atmosfera wielkiego święta, takie lokalne , ukulturalnione do cna Oktoberfest. Zamek przygotowany na przyjęcie nowych gości iście po królewsku. Każdy obrus, firanka, czy nawet taca lśniły bogactwem, wykwintnością odświętną. W kuchni kucharze stawali na rzęsach by najmniejsza nawet przystawka była w stanie przyprawić niemieckie podniebienia o orgazm. Kelnerzy trenowali przed lustrami najmilsze wersje uśmiechów. W kuluarach aż wrzało od nazwisk tajemniczych vipów jacy mieli przyjechać z Berlina na to wydarzenie. Co ciekawie wydarzenie to wśród polskiej ludności było niemal anonimowe, Niemcy tylko jakby w swoim własnym kręgu promowali to wydarzenie, co powodowało podejrzenie, że w jakimś stopniu obawiają się polskich nacjonalistów. Od czasu do czasu wokół zamku przejeżdżały radiowozy policyjne. Sam teren budynku broniła prywatna firma ochroniarzy w liczbie kilkunastu. I oni byli największym problemem polskiej bojówki, musieli się  z nimi szybko uporać, bo co 20 minut przejeżdżały radiowozy i musieli możliwie jak najbardziej oddalić w czasie moment  zwęszenia przez policję co się święci.  O godzinie  19:30 grupa polskich bojówkarzy koczowała pod drzewami okalającymi naprzeciwległą , zębem czasu nadgryzioną kamienicę.
Przybyli w liczbie dwudziestu ośmiu. Jednak szacunkowa ich liczba miała wynosić trzydzieści. Wciąż nieobecny był K. Brakowało jeszcze jednego z zapowiadanych żołnierzy wyzwolenia śląska opolskiego. W czasie dopinania ostatnich szczegółów przed wszczęciem ataku, nieoczekiwanie od strony kamienicy biegła w ich kierunku jakaś postać. W te pędy zwarli szyki, ujęli w dłonie bejsbole, pałki teleskopowe , a także zwykłe żelazne rury- dopasowane można by rzec do walki w ręcz. Postać jednak nic  a nic się nie wystraszyła niepokojowo nastawionej hordy i okazało się , że to dwudziesty dziewiąty element bojówkowej układanki.
- Gdzieś ty kurwa był ? Powinienem cię zdzielić od razu tym bejsbolem po nerach! – grzmiał Q.
- Człowieku ... nie wiesz co się wyprawia... Pomagałem od rana K wnosić do tego pieprzonego zamku jakieś cholerstwo.
- A ten bohater gdzie się kurwa podziewa?
- Zabarykadował się w przyległej do głównej Sali bankietowej -salce... To chyba jakiś składzik dla sprzątaczy czy coś... jest tam małe okienko przez które obserwuje co się dzieje w balowych czeluściach.
- Co on znowu wymyślił? Można tam wejść od innej strony niż sala bankietowa?
- Tak jest jedno małe, oczywiście zabarykadowane przez niego wejście, tylko pałęta się tam wokół niego ochroniarz. Dobra,  idziesz tam ze mną, reszta do mnie, mała narada i korekta planów.
Q wybrał nowego dowodzącego głównym pułkiem bojowym, zorientował się , że każdy kuma co do niego należy i ruszył ze spóźnialskim ku kryjówce K.
Pułk czekał na przejazd radiowozów , by móc odliczyć pełne 20 minut na „spokojne obezwładnienie” strażników i dostanie się jakby nic do środka, by nic nie zwróciło uwagi kolejnego patrolu.
Tymczasem Q po zajściu od tyłu, zdzieleniu bejsbolem i obdarzeniu nieprzytomnością ochroniarza , począł dobijać się do drzwiczek , które to miały prowadzić do domniemanej kryjówki K.
- K otwieraj to ja Q! Co ty tam u diabła robisz? Otwieraj w tej chwili!
K , który rzeczywiście siedział po drugiej stronie drzwi, nie ukrywał zaskoczenia usłyszeniem głosu Q akurat z tej strony pomieszczenia:
- Kurwa, ty lepiej powiedz , co ty tutaj robisz? Wypierdalaj w te pędy koordynować tych kretynów , bo się pogubią i schrzanią ten piękny akt wyzwoleńczy.
- Gadaj w tej chwili coś ty tam wymyślił?
- Dowiesz się w stosownej chwili, teraz jeszcze nie jestem gotowy... Wszystko musi być dopięte na guzik ostatni inaczej skończy się gigantyczną klapą!
- Ale co ty kombinujesz...
- W tej chwili zapieprzaj  na tę salę bankietową! – K nie zamierzał dyskutować. Q zresztą też i pobiegł ze swoim spóźnionym kompanem do centrum wydarzeń.

 

Jakiż wytrzeszcz gałek ocznych-  krótkotrwały, ale przytłaczający rozmiarami- musiał dopaść ochroniarzy, gdy Ci niczego zupełnie nieświadomi, trawiąc opowiadane dowcipy, wyluzowani, ubawieni po pachy, znienacka zostali pobici ciężkimi przedmiotami drewnianymi i metalowymi.  Po zebraniu mocarnych cięgów, nikt nie próbował , ani nawet nie miał ochoty na najdrobniejszy ruch- czym zastosowali się do krótkiego, dosadnego rozkazu: „Nie ruszać  się, bo  będzie remake wpierdolu”.  Tak więc napakowane automaty z siłowni leżały jak te niewinne baranki zwinięte w kłębuszki.  Polskiej grupie szturmującej udało się prześlizgnąć do zamku, bez śladu choćby zaalarmowania, uniknęli patrolów policyjnych, byli już w środku i nikt nie miał nawet cienia podejrzenia co się święci.
Rozbiegli się po wszystkich pokojach , zebrali po drodze wszystkich kelnerów, kucharzy, recepcjonistów i wpędzili do jednego pokoju. Ci na szybkie polecenie rozbójników bez ceregieli położyli się na podłodze z gorliwym zamiarem nie ruszania się, przy asyście dwóch zbrojnych w bejsbole rebeliantów.
Wszystko szło jak z płatka, cały ogrom zamku wydał się być pod kontrolą powstańców. Pozostało tylko przyprawić nie tylko o wytrzeszcz, bo tych bardziej wiekowych pewnie niemal o zawał, deutsche vipów z gromadzonych w głównej sali bankietowej. Imprezę trzeb zacząć mocnym wejściem, toteż zaczęła się ta od bezceremonialnego otworzenia drzwi z glana przez Q. Rozweselone, wytworne towarzystwo jakby na komendę odwróciło swe głowy w stronę imponujących przepychem i rozmiarem drzwi wejściowych i  ich zdumienie sięgnęło zenitu...

- Dzień dobry państwu! No może raczej rzeknę guten tag, żeby nikt z państwa nie odczuł dyskomfortu, że jakiś nędzny Polak zwraca się w waszą stronę po polsku. Pozwólcie jednak, że tylko dzień dobry będzie miało w moim wykonaniu wydźwięk szprechliwy , że tak powiem. Teraz dopóki wciąż językiem urzędowym jest polski, wsłuchajcie się w jego piękno- od tej chwili wszelkie „der die das” przestaje mieć rację bytu , wszyscy kurwa macie być „ ę” i „ą”- Q wczuł się niebywale w rolę, odczuwał podniecenie przypisywane przywódcy zwycięskiej armii przemawiającego do pokonanego, będącego na łasce zdobywcy ludu i bynajmniej nie zamierzał się zachłysnąć owym wspaniałym uczuciem i kontynuował dzieło-  A teraz do rzeczy – wszystkie telefony komórkowe lądują na pod lewą ścianą , jeśli w czyjejś dłoni po minucie ujrzę telefon w dłoni, a nie daj boże przy uchu, to dany delikwent czym prędzej zapozna się bliżej z naszymi bardzo nieprzyjemnymi w nagłym kontakcie z czaszką kijami- także telefony lądują pod ścianą , raz!
W ciągu kilkunastu sekund kilkadziesiąt telefonów wylądowało pod lewą ścianą, nikt ze zdezorientowanego towarzystwa nie wydusił z siebie słowa... na wszystkich twarzach malował się szok i niedowierzanie.
- Kultura nakazywałaby przeprosić was za tak bezpardonowe naruszenie harmonogramu waszych uroczystości , ale cóż, szczerze od razu przyznam , że nawet nie przyszło nam to niestety przez myśl? Dlaczego? Gdyż nie mamy dla was nic więcej od niechęci , czy nawet pogardy. Użyję dosadnego porównania , by nikt z was nie miał wątpliwości, co do uczuć jakie w nas wzbudzacie. Znaczycie dla nas tyle samo , co Żydzi dla was w czasie wojny, których tak beztrosko paliliście w piecach. Jesteście dla nas pierdolonymi szwabami, którzy odbierają nam prawo do celebrowania własnej narodowości w rodzinnych miejscowościach , gardzimy waszym językiem, waszymi dwujęzycznymi tablicami miejscowości, szpetnymi kobietami... Tu i teraz pragnę ogłosić, że wasze plany uczynienia z Opolszczyzny kolejnego landu możecie czym prędzej odłożyć do lamusa. Takich jak my jest więcej i dziś zamierzamy was bardzo dosłownie przekonać do powrotu do waszego miodem i euro płynącego kraju. Tak więc nie przedłużając, życzę skrajnie niemiłego wieczoru i cóż... zabawę czas zacząć!- Q dał znak i kilku jego kolegów zaczęło rozwalać  wykwintnie zastawione stoły, bejsbole i metalowe pręty przecinały powietrze niczym śmigła helikoptera. Przerażone towarzystwo uciekło w jeden kąt, kryjąc się jeden za drugiego, a nic z tego faktu sobie nie robiący powstańcy kontynuowali swą demolkę .
- Moi drodzy , zdajecie sobie oczywiście sprawę , że kiedy już zniszczymy wszystkie te niemieckim przepychem naznaczone przedmioty , to chłopaki, którzy przybyli tutaj z przeogromną potrzebą wyładowania się zabiorą się za testowanie odporności waszych ciał na zniszczenia! - Q i jego pobratymcy utonęli w salwach głębokiego śmiechu, ale przerażone towarzystwo wiedziało, że to wcale nie był żart , a groźba z jak najbardziej realnymi podstawami.
Q podszedł do trzech wiolonczelistek, których instrumentalne popisy umilały niemieckiej elicie bal.
- No dziewczyny, grajcie- chyba nie płacą wam za siedzenie z wybałuszonymi oczami i świecenie w dekoltach wystawionymi cyckami, tak?
Odpowiedziała mu cisza.
- Ty!- zwrócił się do jednej z nich, blondynki wśród dwóch szatynek- umiesz grać jak Slayer?
- Jak co? – powiedziała drżącym głosem- nie , nie umiem...
- To się kurwa naucz! – wykrzyczał bez pardonu-  w takim razie grajcie co tam potraficie, żywiołowo, niech ożyje ten smętny bal!
Wiolonczelistki spojrzały po sobie i  zaczęły grać utwory które podług harmonogramu miały w dalszej kolejności umilać czas balowiczom. Niemniej odpuściły sobie zasypywanie uśmiechami publiczności, co było jedną z istotnych gałęzi ich pracy. Nostalgiczny kawałek dodawał całej sytuacji jakiejś liryczności, jakiś postronny, oglądający to wszystko z boku obserwator mógł czuć się  wciągnięty w spektakl teatralny, a rozstawieni na przeciwnych biegunach napastnicy i zaatakowani, w tle smętnych dźwięków wiolonczeli przydawali elementów psychodelicznych do krajobrazu przed bitwą.
Niespodziewanie jeden z wójtów wsi opolskich , w których mniejszość niemiecka stała się większością , wstał i postanowił przerwać ten impas  negocjacyjny i przystąpić do rozmów z napastnikami (oczywiście w języku polskim):
-  Jesteście młodymi ludźmi, po co sobie tak niszczyć przyszłość?  Za ten szczeniacki wybryk możecie odszczekać w areszcie, a kto wie, może i w więzieniu. Zastanówcie się , przecież chyba wasz intelekt do rzecz nie do zakwestionowania, czy warto stawiać grubą  kreskę na własnej przyszłości? Przez jakieś własne frustracje , ograniczenia poglądowe, czy strach przed tym co inne... Przecież jesteśmy skłonni do dialogu- my szanujemy to, że wasi rodzice przyjeżdżają do naszego kraju zarabiać na godny byt waszych rodzin, więc wy uszanujcie również nasze przywiązanie do Opolszczyzny, czy to aż tak wiele? – Starszy, grubszy , a do tego  łysy i o siwej brodzie na twarzy człowiek zaczarował na chwilę salę, wiolonczele jakby przycichły.
 Każdy z powstańców spoglądał w kierunku Q, w którym zbierały się gromy, ale jednocześnie mowa jakby go opuściła.
Niezręczną ciszę przerwała dwójka powstańców, którzy wybrali się na obchód wszystkich pomieszczeń w poszukiwaniu ewentualnych, przeoczonych „pasażerów na gapę” i prowadzili przed sobą ciekawe zjawisko, mianowicie mnie młode, całkiem urodziwe blond damy, które akurat były w toalecie.
Na ten widok Q powróciła mowa i pewność siebie i ponownie przywdział maskę dumnego zdobywcy terytorium wroga.
- I kogo my tu mamy , nasza niesławna Femme Fatale. Od razu mu mówiłem , że musisz być pieprzoną szwabką, a ten ogłupiały twymi wdziękami nie chciał słuchać. Właśnie K -mógłbyś już w końcu opuścić ten swój bunkier, impreza w rozkwicie , nawet twoja sexi blondyna zaszczyciła nas swą obecnością! – Q krzyczał w kierunku składziku w którym zaszył się K. Po braku jakiejkolwiek reakcji z jego strony podszedł do drzwi owego składziku i walił w nie pięścią, żądając otwarcia tychże. Po kilkunastu soczystych uderzeniach pięści w drzwi, usłyszeć można było chrzęst otwieranego zamka  i czym prędzej Q ujął klamkę i wszedł do owianego tajemnicą schowka.
- Stary, co ty  odwalasz, tak się zawsze paliłeś do wojny ze szwabami, a teraz wymiękasz... Ukrywasz się w jakimś ciemnym pokoiku, gdy my przeprowadzamy najlepszą akcję odwetową jaką można sobie wyobrazić. Możesz mi to łaskawie wytłumaczyć? – Zapytał poirytowany Q.
- Oczywiście, że mogę. Zrobię to z największą przyjemnością. Jak to nazwałeś? Najlepszą, najwspanialszą akcją odwetową jaką można sobie wyobrazić? Bzdura, przerośnięte słowa rzucone na wietrzyk niegodny nazwania wiatrem. Wszystko tu dobrze słyszałem, jak ten mierzący wysoko w stanowiska wojewódzkie, równie chciwy co opasły szwab, was zlał strachem... Prosta gadka szmatka i już ogarnęło was zwątpienie, straciliście rezon i wiarę w słuszność całego aktu odniemczającego.
I pytam się jaki mieliście plan? Co chcieliście zrobić teraz? Postraszyć ich trochę? Zniszczyć nasz , śląski i całkowicie polski zamek? Ewentualnie zdzielić paru krnąbrnych szwabów kijami. I to wszystko na więcej nie starczyłoby wam jaj i słowa tej mendy niemieckiej, by się ziściły – głupia szczeniacka akcja, której marne skutki przyniosłyby na młodych bojowników wielkie, przygniatające konsekwencje – ton K był zimny, w jego głosie nie było nawet nutki jakiejkolwiek emocji.
-O proszę jaki dzielny bohater się znalazł! Patrzcie go! My nie mamy jaj? Odezwał się ten co przez całą akcję siedzi jak mysz pod miotłą, nie wyściubi nawet nosa, nie weźmie kija do ręki – i ty śmiesz nas posądzać o tchórzostwo?
- Dokładnie tak, co zresztą zaraz udowodnicie sami jak mniemam, no chyba, że mnie jakoś pozytywnie zaskoczycie, ale nie wydaje mi się. Masz rację wy wojujecie z kijami na placu boju i za to szacunek dla was, jasne- to też jest potrzebne. Niemniej to samo w sobie nic nie zmieni, nie wstrząśnie wystarczająco Polakami, nie zmusi ich do pomyślunku nad przyszłością ich regionu. Tu potrzeba czegoś mocniejszego, większego kalibra... Kurwa, Q, czy ty naprawdę myślałeś , że ja tu siedzę cały dzień zabunkrowany , tylko po to, żeby móc wszystko obserwować z bezpiecznej perspektywy?
- No ja już sam nie wiem, o co ci w ogóle chodzi, co ma niby być tym twoim większym kalibrem?
- Jako iż mam wszystko przygotowane i jestem o naciśnięcie guzika od zasiania apokalipsy, to mogę ci teraz wszystko wyłożyć jak w podstawówce. Nie było mnie cały tydzień przed akcją, z nikim się nie kontaktowałem, ale bynajmniej nie próżnowałem. Pamiętasz, jak mówiłeś mi o tym niedoszłym terroryście co to pozbywał się swego ekwipunku, uciekając przed pałarzami w naszych stronach?
- No pamiętam przecież tę historię.
- No właśnie. Dobrze znając niechęć naszych psów do wszelkiego wysiłku i ruchu szeroko pojętego, penetrowałem od rana do wieczora , przez parę dni okolice wokół drogi na przestrzeni kilkunastu kilometrów i nie zawiodłem się. Zobacz ile skarbów znalazłem i w co udało mi się je zręcznie połączyć , korzystając z niezwykle fachowych rad na kilku podziemnych forach, które odkryłem już parę lat temu, wymieniając się informacjami z podobnymi do mnie pasjonatami i niecierpliwie oczekując takiego dnia jak ten, gdy cała nabyta wiedza będzie mogła być użyta w realnej , wybuchowej praktyce.
Q spojrzał na dziwny połączony kablami twór, przywoływał tylko jedno skojarzenie – bomba. Mnóstwo materiałów wybuchowych scalonych w jedno.
- Stary, ta bomba wygląda jak prawdziwa...
- A co ty myślałeś, że marnowałbym cały tydzień na jakąś pierdoloną  zabawkę ćwiczebną ? Patrz i podziwiaj – oto najwspanialsze dzieło mojego krótkiego, acz niepozbawionego celu życia.
- Pojebało cię? Chcesz wszystkich zabić? Spójrz ilu tu jest kurwa ludzi?! Nie żartuj sobie nawet w ten sposób, to już nie jest śmieszne- to gówno może naprawdę rozpieprzyć wszystko i wszystkich w proch i pył!
K zaczął się śmiać , po chwili wrócił do swej nieruchomej twarzy i lodowatego głosu:  - Nie rozśmieszaj mnie człowieku! Czy ja wyglądam jakbym żartował? Mówiłem ci, że lada moment udowodnię wam, że nie macie jaj i właśnie to robię. Widzisz to jedyny sposób , żeby ta akcja nie stała się pośmiewiskiem , a swoistym pomnikiem dla odzyskania przez Polskę Opolszczyzny. Widzisz ta szczytna idea wymaga ofiar, musimy się pozbyć elit, musimy urwać hydrze wszystkie głowy, wtedy nie wyrosną następne. Tylko tak wyplewimy to kurestwo z naszej ziemi. To jest nasz polski Katyń. Czyniony w imieniu naszego kraju. Stary , naprawdę nie czujesz powagi chwili?
- Człowieku, ty musisz się leczyć. Chyba śnisz , że pozwolę ci na to szaleństwo! Prędzej sam cię zabiję!- Q przyłożył głowę do głowy K. Patrzyli sobie w oczy z najbliższej możliwej odległości. Z zaciętości jaka biła z ich oczu można było wyczytać jedno- żaden z nich nie ustąpi.
- Widzisz, właśnie dlatego wpuściłem cię gdy już wszystko skończyłem. Zawsze wiedziałem , że jesteście bezwartościową kupą mięczaków. Daje ci 40 sekund na ucieczkę stąd , możesz ocalić życie , czas zaczynam liczyć od tej chwili.
Q tymczasem zamiast rzucić się do ucieczki rzucił się na K , przewracając go. Szamocząc się ujęli niemal w jednakowym momencie metalowy pręt i próbowali nawzajem go sobie wyrwać. K głosił dalej swe szaleńcze kredo przez zaciśnięte zęby:
- Nie powstrzymasz mnie! Rozumiesz , że to spełnienie mych marzeń , żyłem tym przez wszystkie lata. Już od 7 roku życia , kiedy ten pierdolony Sven posuwał moją matkę, a mnie tłukł, gdy mówiłem w jego obecności po polsku zamiast po niemiecku ! Tak cholernie mocno mnie napierdalał po łbie. Potem te  szwaby na podwórku berlińskim spuszczały mi wpierdol, bo nie miałem kurwa akcentu, wyzywały od zawszonego polaczka! I teraz we własnej ojczyźnie mam mieć to samo, być nawet tutaj wyrzutkiem, tym obcym! Czas ukrócić tę zarazę! Puść mnie , bo i tak mnie nie powstrzymasz!
Nagle do składu wbiegł jeden z powstańców, zdecydowanie przewyższający resztę pod względem siły i gabarytów. Zdziwił się potężnie widząc swych kumpli wijących się w walce po ziemi i chwycił  na K leżącego i furiacko nań nacierającego Q:  -Chłopaki bez takich niepotrzebnych spin! Dziś jest nasz wielki dzień, nasze wielkie święto, uszanujcie ten wiekopomny dzień- rzekł ogromny powstaniec odkładając nie bez wysiłku Q na bok.
- Kurwa, jego łap debilu, bo zaraz nas wszystkich pozabija! – Krzyk Q wypełnił cały zamek.  K czym prędzej zwlókł się ziemi , pobiegł w kierunku swego bombowego dzieła i przy akompaniamencie przeszywającego uszy wszystkich w środku zgromadzonych krzyku Q, z wielkim uśmiechem, ale i łzami w oczach, drżącą dłonią wcisnął guzik, kończąc bal definitywnie, dla wszystkich ...

 

niedziela, 13 listopada 2011, klockiewicz

Polecane wpisy