Blog > Komentarze do wpisu
Opowieść o nigdy jeszcze nieopowiedzianej relacji (część 4)
4 Ludzie odchodzą, przystanki zostają. W głowie panoszyła się próżnia. Przed oczami stał o dziwo tylko widok umorusanych felg. W uszach dudniło mięso. Usiadłem na ławeczce mego przystanku i przytknąłem czoło do błogo chłodnej szyby. Stwierdziłem beznamiętnie i do siebie, że stanowczo wolę ciszę przystankową niż to wyrażane w krzykach ludzkie mięso. Uprzytomniłem sobie, że idea dzielenia z kimkolwiek opuszczonego i na szczęście cywilizacyjnie wykluczonego przystanku to była jedynie oznaka chwilowego triumfu ludzkich słabości we mnie samym. Nikt szczerze nie przedłoży zielonej wiaty przystankowej nad metaliczną maskę najnowszego modelu wymyślnie podrasowanego Forda.

                                                            

                     4 Ludzie odchodzą, przystanki zostają.

 

W głowie panoszyła  się próżnia. Przed oczami stał o dziwo tylko widok umorusanych felg. W uszach dudniło mięso. Usiadłem na ławeczce mego przystanku i przytknąłem czoło do błogo chłodnej szyby. Stwierdziłem beznamiętnie i do siebie, że stanowczo wolę ciszę przystankową niż to wyrażane w krzykach ludzkie mięso.

Uprzytomniłem sobie, że idea dzielenia z kimkolwiek opuszczonego i na szczęście cywilizacyjnie wykluczonego przystanku to była jedynie oznaka chwilowego triumfu ludzkich słabości we mnie samym. Nikt szczerze nie przedłoży zielonej wiaty przystankowej nad metaliczną maskę najnowszego modelu wymyślnie podrasowanego Forda.

Szeptałem czule to jego zimnej wiaty. Dziwny świst wiatru dochodzący ze szpary w dachu sprawiał wrażenie odpowiedzi. Mimo cokolwiek monologowej formy tego dialogu , czułem że to jedna z najgłębszych konwersacji jakie dane mi było odbywać. Będąc na fali entuzjazmu sytuacji, zacząłem obiecywać, że będę tu przesiadywał codziennie, że będę go mył, chronił jego kruche szyby przed uchlanymi wandalami nocnymi. Ale na te słowa świst wiatru ustał. On wiedział. Znał ludzi.

Nie minęło wcale tak wiele minut, kiedy późno popołudniową porą na przystanek zjechał biały dostawczak. Krzyk burczącego brzucha zagłuszył wszystkie piękne deklaracje jedności. Zapukałem do szyby dostawczaka. Tak jest, tak niewiele czasu minęło, a ja już pukałem inną szybę. Kierowca polecił wsiadać. Tak też uczyniłem. I tyle nas widzieli, obyło się nawet bez pisku opon. I znów byłem tylko trybikiem w mechanizmie własnej egzystencji. Tylko człowiekiem wobec przystankowego majestatu. Aż do następnej kombinacji zbyt krótkiej nocy i zrywu punktualności PKSowej.

 

Utwór powstał jako swoisty hołd, niecodzienny tribute dla przystanku autobusowego w Pawonkowie. Pomysł wziął się z szoku, wywołanego brakiem tegoż pewnego dnia okraszonego oczywiście spierdoleniem autobusu. Miarka się przebrała, stwierdziłem , że ten barbarzyński akt władz nie może pozostać bez echa. Dlatego postanowiłem pokazać jak wiele może przystanek znaczyć dla człowieka, ile produkować z nim przygód i w nim wspomnień. I po czasie udało się, przystanek wrócił i znowu ucieczki autobusowe nie są tylko powodem frustracji, ale i przyczynkiem do zajść takich jak wyżej opisane.



 
 
 
czwartek, 25 października 2012, klockiewicz

Polecane wpisy