Blog > Komentarze do wpisu
Uśmiech się czyli wskakiwanie w endorfinowe bajoro
Któż z nas nie lubi pokazywać ząbków? Spokojnie, nie chodzi mi, by tym pytaniem przywołać bolesne wspomnienia z fotela dentystycznego, do wiercenia w świadomości wolę używać zdecydowanie bardziej wyrafinowanych narzędzi niż wiertła. Z oblewającego gęsią skórką odgłosu borowania zejdźmy na endorfino-twórczy rechot najbardziej charakterny z charakterystycznych, dajmy na to Katarzyny Pakosińskiej. Bo rechot, choć to akurat określenie za bardzo puszcza oczko w kierunku zielonego oblicza fauny znad stawu, tak więc śmiech, tak to on będzie przedmiotem tej wpisowej notki, która raczej nie spowoduje u was (zwracam się w liczbie mnogiej, bo jebnę linka na fejsa i żarliwie wierzę, że będzie moment, w którym ze dwie osoby popieszczą wzrokami mój słowotwórczy pot ) bólu brzucha z powodu nadmiaru tegoż wspaniałego zjawiska, z którego podobno tak sporym deficytem mamy do czynienia w Polszy.

Któż z nas nie lubi pokazywać ząbków?  Spokojnie, nie chodzi mi, by tym pytaniem przywołać bolesne wspomnienia z fotela dentystycznego, do wiercenia w świadomości wolę używać zdecydowanie bardziej wyrafinowanych narzędzi niż wiertła. Z oblewającego gęsią skórką odgłosu borowania zejdźmy na  endorfino-twórczy rechot najbardziej charakterny z charakterystycznych, dajmy na to Katarzyny Pakosińskiej.

Bo rechot, choć to akurat określenie za bardzo puszcza oczko w kierunku zielonego oblicza fauny znad stawu, tak więc śmiech, tak to on będzie przedmiotem tej wpisowej notki, która raczej nie spowoduje u was (zwracam się w liczbie mnogiej, bo jebnę linka na fejsa i żarliwie wierzę, że będzie moment, w którym ze dwie osoby popieszczą wzrokami mój słowotwórczy pot ) bólu brzucha z powodu nadmiaru tegoż wspaniałego zjawiska,  z którego podobno tak sporym deficytem mamy do czynienia w Polszy.

Śmiech to w zasadzie zwykłe napięcie mięśni w okolicach kącików ust. Pewnie za dnia znacznie częściej zmagamy się z napinaniem mięśni zwieraczy, ale tego raczej nie lubimy pokazywać. A śmiech, czy może bardziej poprzedzony subtelnym „u” , czyli uśmiech to już wizytówka nie jednego modnisia i fajnisia.

Bo generalnie, jeszcze zostając w okowach biologii głównym zadaniem takiego wyrażonego przysłowiowym bananem na ryju chichotu jest zalanie naszego mózgu endorfinami, które to jako takie jedyne legalne i darmowe używki uwalniają nasze soma i psyche od męczeństwa i boleści.  

Więc kiedy robi się nam na twarzyczce coś mniej więcej takiego: „:)” albo „ :D” czy może wersja z zalotnym oczkiem „ ;)” to niekoniecznie oznaka, że chcemy się pochwalić , że moja blendamet jest lepsza niż twoja kolodent, ani że miałem bardziej stalowy aparat na zęby w dzieciństwie od ciebie i teraz proszę mi strzelić fotę, i moje jedynki zrobią efekt lampy. Naczelnym zadaniem śmiechu jest poprawienie nastroju i samopoczucia, które w tym kraju mają przecież tak wysoce rozwinięte skłonności do spierdoleń.

Na „suszenie zębów” – jak to się grypsowało u mnie na wsi- zawsze jest branie , wzięcie i zapotrzebowanie. Myślę , całkiem poważnie i nie rozporkiem, że pod tym względem śmiech w niczym nie ustępuje cyckom. Też najbardziej pożądana jest wersja kiedy owy bananek jak najszerszy , a rżenie największe, najgłośniejsze. To przecież właśnie na potrzeby rżenia wymyślono tak genialną rzecz jak dowcip. Co prawda z czasem bardzo wysechł i niejednokrotnie tylko koń byłby go w stanie przełknąć, ale kurde w tym wypadku w prostocie tkwi siła. Mało tego całe te cholerne poczucie humoru, rozpasły biznes reklamowy, komedie, poza romantycznymi, są podporządkowane, albo wręcz- nazywając rzeczy po imieniu- ciągną druta śmiechowi.

Sam oto niejednokrotnie, może odezwał się we mnie gdzieś głęboko ukryty w czeluściach odbytu czy w stawie kolanowym socjolog, eksperymentowałem na opolskich ulicach manipulując mimiką mego niezadbanego ryja. Najlepiej po poniedziałkowym lektoracie o 7 rano, po którym albo twarz odbija w kierunku Hannibala Lectera, albo Jasia Fasoli. Hannibal w mym ani 1% nie godnym Hopkinsa wykonaniu ewidentnie gasił ten zapewne z mozołem wykrzesany na przypadkowo spotkanych obliczach entuzjazm w poniedziałkowy poranek. Oczy przechodnia albo od razu szukały innego punktu zaczepienia na jeszcze nie rozstawionej wystawie sklepowej albo na innej mniej zalatującej psychopatą mordzie. Generalnie jednak zwykłym wkurwem i szaleństwem przemyconym w spojrzeniu i mimice wciągało się biedaków na frustracyjną stronę mocy, czyli niknęły światłe jednostki w bezpiecznym motłochu większości. Natomiast Jaś Fasola to ulala i jeszcze trochę ! Spojrzenie w oczy, nawet lekko tylko zarysowany banan, tak trochę w stylu pedofila amatora, i poniedziałek dostawał optymizmem jak obuchem po łbie. Nie trzeba było słów, żadnego przemyślunku ani wysiłku wykraczającego poza rozciąganie twarzowych mięśni. Kurde, nawet panie mijane face 2 face dawały jakieś na bakier będące z moralnością znaki mięśniami twarzy, co dla mnie jest jeszcze rzadszym widokiem niż brak dwói na teście ze wspomnianego angielskiego. Reasumując: zabawa w uśmiech była całkiem w porzo, choćby i nieuwolniona od wszędobylskiego cienia mizantropii.

 

 

Tak oto owo napinanie mięśni w kącikach ust zawłaszcza sobie sporą część życia. Co prawda u nas mniejszą niż w Hiszpanii, ale tam słońca jest więcej i tam przyspiesza poczucie szczęścia, a u nas co najwyżej powszechny rozkład.

Skąd pomysł na wzięcie się za bary ze śmiechem, któremu jakiś czas temu wręczyłem wilczy bilet i rzeczywiście wziął się go do serca i nie bywa, aż obawiam się o sflaczenie mięśni w kącikach ust?

Może po części z rozżalenia wynikającego z obudzenia się  22 grudnia w świecie niezmienionym nawet o jotę, a przecież miał się zmienić o stopni ze 180, miał po prostu nie być.  Jako końcoświatowiec 2012 poczułem się jak chrześcijanin, który po wyzionięciu ducha dowiaduje się, że owszem wymodlił sobie wieczną duszę , ale Boga nie ma , albo ma wieczysty urlop , bądź też po prostu żyje w zgodzie z trendami i ma wyjebane... I wyśnioną wieczność spędzi owa dusza w trumiennym pudełeczku, jak sardynka z nieograniczoną datą ważności poniewierająca się w wegetariańskim domu,  jedyną nadzieję mając również w wierze, wierze w powstanie jako zombie...

Więc stężenie rozżalenia 22 grudnia miałem nawet wyższe niż stężenie kaca co roku pierwszego stycznia , bądź też drugiego, jeśli klin wyciągnął pomocną dłoń, niepustą.

A przeżywanie żałoby po tak rychłym zgonie apokalipsy wśród rozradowanych, bogatych w banany jak afrykańskie plantacje  twarzy współtowarzyszy na ziemskim padole to nie były rurki z kremem. No, ani po śmierci Husseina tak się ludziska nie pławiły w endorfinach.

Jednak szybko się otrząsnąłem z tego wydarzenia, przydałem żałobie mniej nachalną formę, mniej poważną niż żałoby mają w zwyczaju i nawet nie musiałem zmieniać wyznania. Czym prędzej skonstatowałem , że koniec świata to święto przecież jest ruchome i przemianowałem się tylko na końcoświatowca 2036, gdyż wtedy to ma nas nawiedzić pierdolnięcie większe niż wszystkie sylwestry i wojny w historii wzięte razem, kiedy to asteroida namiętnie i z kosmiczną prędkością pocałuje się z Ziemią.

 

Z okazji tej oto cudownej konstatacji, powodowany naturalnym pragnieniem szczęścia padłem na kolana przed wesołością i łechtając mięśnie w kącikach ust to dowcipami z saharowym wydźwiękiem, monto phytonowskim absurdem , to z premedytacją pozwalając psu lizać mi stopy, aż wreszcie  wkupiłem się w łaski uśmiechu. Do tego stopnia, że odbił się na tym zmelancholiowanym do szpiku blogu i nawet od razu wcisnął się na afisz wpisu ! I to jeszcze kiedy?! W czasie wielkich igrzysk smutkowych, w czasie, kurwa, świątecznym!  Taki to cholernie zachłanny jest ten śmiech; daj jedną półkulę, weźmie cały mózg!

 

;)



 
niedziela, 23 grudnia 2012, klockiewicz

Polecane wpisy