RSS
czwartek, 18 czerwca 2015
W kupie siła.
Czy zastawiałeś/aś się nad losem swego produktu jaki co dzień tworzysz i oddajesz za zupełny bezcen światu? Nad treścią, która sprawia, że nawet w najbardziej rozleniwiony dzień możesz tytułować się efektywną fabryką? I Ty jako zafiksowany na punkcie zysku Homo Oeconomicus pozwalasz sobie na taką codzienną darowiznę? W próżnię? Altruistycznie się opróżniasz? Dlaczego? Poszukaj odpowiedzi w mojej piąteczkowej pracy zaliczeniowej.
czwartek, 22 stycznia 2015
Niech buk nie ma was w swym cieniu. (część pierwsza)
Rzecz się dzieje w podmiejskim parku. Kluczowym elementem - nie tylko krajobrazu - jest alejka otoczona rozłożystymi bukami. Owe buki dzięki swoim monstrualnym rozmiarom, a także upiornym cieniom, jakie rzucały ich ogołocone z liści jesiennym rozkładem konary, kreowały nocą atmosferę niepokoju na miarę tego, jaki spowijał dolinę muminków w preludium nadejścia Buki. Buk nie jest drzewem, którego szum może być akompaniamentem dobrych wydarzeń; pod bukiem nie całują się młode pary, pocieszenia w trenowaniu Kochanowski szukał w lipie, a w maturalnym napięciu otuchy dodają kasztany. A buk? Dobry mógłby być co najwyżej bóg, jeśli tylko miałby jaja i zapuściłby korzenie na padole. Poza czasem Wielkanocy od jaj się jednak trzyma z dala -szatan szepce do ucha, że na ryzyko rozbicia zbuka zwala- więc między Bugiem a Odrą w cieniu buka nie uświadczy się zaręczyn, świętowania wygranej w totka, czy poruszających pogodzeń pokłóconych o dziewczynę przyjaciół. Pod bukami wieść hiobowa jest pniem komunikacyjnym.
Niech buk nie ma was w swym cieniu. (część druga)
Jej zazwyczaj umartwione spacery nabrały nieco animuszu i żywotności. I to wcale nie była zasługa jedynie nowiutkich słuchawek, które nawet smętnym balladom dawały rockowego pazura. Głowa pęczniała jej od przemyśleń o ciepłym denacie ze sklepowej wystawy. Swoje na pewno zrobił szok, którego trudno było uniknąć, przecież nieczęsto widuje się ludzi w trumnach przemawiających do ciebie roszczeniowym tonem i z poirytowania przewracających gałkami ocznymi. W czasie twórczej burzy błyskawice myśli rozpalały głównie scenariusze własnego pogrzebu. Widziała siebie w wystawnej czarnej sukni, usta smagnięte wampiryczną szminką bordo, krwisto czerwone paznokcie kontrastujące z bladymi dłońmi, nieśmiały zarys uśmiechu, że już wieczyste odpoczywanie, że już nie zdarzy się żadne oczekiwanie. Czerwone sukno wyściełające wnętrze drewnianego sarkofagu. Koniecznie z buka. Modlitewna posucha, z dźwięków jedynie krakanie wrony i kruka. Jakiś starszy człowiek dosiadł się znienacka na ławkę na wiadomej alei, na której zdecydowała się spocząć niecałe 5 minut wcześniej.
Niech buk nie ma was w swym cieniu. (część 3)
Odreagowania pochówkowej pompy, która była nieodzowna przy pożegnaniu nestora rodu, Malwina szukała w swoim ulubionym bukowym parku. Brak modlitewnego zgiełku. Brak wystudiowanych uśmiechów. Ptasi śpiew przetykany charczeniem karczemnych utracjuszy i wszechogarniająca atmosfera nadziejnej głuszy. I dzięcioł pukający w buka, jakby chciał się upewnić, że ten jest bardziej pusty niż jego ptasi móżdżek. Panowie zalegający na ławkach, czule pieszcząc szyjki swych butelek, pewno zazdroszczą bukom nawet tego marnego pukania dzięcioła. Szła zgodnie z codziennym schematem, starając się przejść każdą ścieżką, by przywitać się lodowatym spojrzeniem z każdym pensjonariuszem marginesu, który rozkłada się tutaj nie gorzej niż bukowy liść późnojesienny. To swoista gra z której obie strony czerpały spore korzyści: oni widząc w miarę urodziwą pannę przeszywającą wzrokiem jak zimnym sztyletem ich osowiałe jestestwa, mogli tym głębiej osiąść w ostrogach rozpaczy i czerpać masochistyczną przyjemność z osuwania się w czeluść czeluści.
środa, 01 stycznia 2014
Noworoczne pierdy motywacyjne.

Nowe roczne rozdanie na dobre się zaczęło. Czas płynie dla większości wolno przez tak zwaną chorobę dnia drugiego. Portale zalewają fale życzeń i postanowień noworocznych, i ta naiwna wiara, że tym razem nie będą na bakier ze skutecznością. Szczęście, zdrowie i pomyślność zawsze się przydadzą, ale naprawdę ważne i realne jest to w środku. Reszta to mrzonki jakie zdarzają się rolnikowi, gdy myśli, że tego lata przechytrzy na dobre stonki. Pasożyty i chwasty są nieodłączną częścią naszego istnienia, nie ma co tracić czasu na próby zdeptania ich wszystkich – starczy eksterminować te lęgnące się na obranej przeze mnie czy ciebie wąskiej ścieżce do celu. Celu, który nie musi sięgać Tatr ani Helu. Upadek bowiem z przerośniętego wyobrażenia o swojej misji na tej ziemi może być brzemienny, jak omsknięcie się stopy w szczytowych rejonach masywu tatrzańskiego.  Gdy ścieżka rocznych odcinków będzie szczuplutka jak helski półwysep, migocący na horyzoncie cel nie pozwoli się ociągać. Bez celu trudno byłoby uwolnić się człekowi od pieluch. To taka szara eminencja naszego trwania. Żeby życie nie tak całkiem było sztuką dla sztuki, czym w metafizycznej perspektywie jest. Utraciwszy go można w niedługim czasie zaprzepaścić cały latami i z mozołem gromadzony kapitał. Jak w przypadku tego bloga. Na INP panowało przez dłuższy czas bezcelowie. Ten wirus nie jest jak popularna wśród dzieci świnka, nie zdarza się raz – raczej cyklicznie powraca jak pospolita grypa. Ale na razie jest początek roku i cel migocze całkiem wyraziście. Trzymajmy się tego, że mgły agonii opadną i konceptualnie będzie soczyście, słownie kwieciście, a przekazowo iście krwiście.

Twórczych eksplozji życzę każdemu zaglądającemu. I będącego rdzeniem kręgowym każdych życzeń zdrowia.



niedziela, 20 października 2013
Mowa pogrzebowa, by z uśmiechem pochować.

Napisana dla koleżanki, która pozwoliła udostępnić ją na potrzeby Inwazji, bo w jej klimat wpisuje się jak czerń w żałobę, jak banan w małyszową bułkę :)

poniedziałek, 14 października 2013
Rozterki marka nocnego.

DO LULU

Lulu, lulu poszedłbym się z tobą przespać
Lulu, zawiń się w pościel i pokryj mnie wraz z nią
Lulu, lulu rozkaż gałce z powieką przegrać
Lulu, barany w dwusetkach mi się po łbie gonią

Lulu, czemuś daleko jak straszone małpy w Honolulu?
Czemu twa bezsenna niełaska sroższa niźli macki Cthulhu?
Luli kotku nie chcę być twą myszką, nie bywam pod miotłą
Po co te zabawy, mamienie ziewaniem, myślowy motłoch?

Lulu, tak bym tobą już oddychał sennie
Zapal w umyśle tę błogą ciemnię
O lulu, przytul z morfeuszowskim objęciem
Mój przemarzony dzień chce skonać, zostać twym zięciem

Lulu,lulu chodźmy do łóżka, choćby miała endorfiny wyschnąć ostatnia strużka
Lulu przecież wiem, że też nie jesteś święta, lubisz potrzymać diabła za różka
Lulu potraktuj mnie i koszmarnie, tylko nadejdź, by rankiem nie sczerwieniły się gały
Lulu, bądź głęboka jak sashowy gardziel, by cię koguty świtem nie wypiały

Lulu nie pogrążaj mnie w iście bronkowym bulu
Spełnij swój ośmiogodzinny etat, pokurwiony ciulu

Księżyc wlazł za słońce, więc kolorowymi zbombarduj mnie snami
Lulu, bądź sumienna jak pszczoły w ulu, miód chcę pod powiekami

Lulu lulu, ludzkość już od dawna chrapie
A ja rymuję jak w częstochowskim rapie
Strupy na ryju zaś sobie rozdrapie
Z myślenia o kondycji życia zaś łza pokapie

Lulu, lulu, stary capie
Jawa mi się serdecznie opatrzyła
Na twą teraz pustkę się pogapię
Byś tylko w świetle gwiazd jeszcze przybyła

Emilio Rodriguez, Pawonkau, 2:16, 26.09.2013 Zjadł szpinak z makaronem, kupy nie oddał światu, dużo fejsił, kilka razy przeklął, podał 4 razy młotek szwagrowi.


wtorek, 03 września 2013
Opole. Jak grudką węgla w Odrę. (część pierwsza)
Niebo nad Opolem zaczynało ciemnieć tak bardzo, aż miało się wrażenie, że smog na wzór rosy przechodzącej w mgłę pnie się ku górze i powinowacąc się z chmurami, daje wrażenie wielkiej, stalowej kopuły, przez którą tylko najśmielsze gwiazdy były zdolne świetlnie się przebić. Na horyzoncie widać było jednak ostatnie nieśmiałe, promienne podrygi nachalnego od paru dni słońca i oddalały one ową ponurą wizję industrializacji nieboskłonu. Noc na dworcu głównym zapowiadała się jako niespecjalnie upojna, w przygody bynajmniej nie hojna, ale nagrzane popołudniowym skwarem ściany i chodniki zapewniały, że chociaż będzie gorąca. Ciepła w terenie, ale gorąca jeśli zdecyduje się na naziemny nocleg i mocno się zdziwi jak bardzo temperaturze jego policzka brakuje do tej betonowej. Jedno mu było wszystko. Życiowe koleje losu powywracały mu się jak szyk wyrazów w poprzednim zdaniu, a same kondycją dorównywały kolejom państwowym, czyli sytuacja zdawała się nieuchronnie zmierzać ku wykolejeniu. Szybki nurt egzystencji wywiódł go na tejże mieliznę, gdzie społeczna atrofia grała melodię równie ponętną, jak i zgubną, co pieśń syreny.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12